RSS
 

Rozdział pierwszy, w którym poznajemy Dziadka

05 sty

1

- Kto to? – spytał Artur podnosząc ramkę z czarno-białym zdjęciem, na którym na tle peronu, pląsała szczerząc się mała dziewczynka.

- To ja, wieki temu. – Odparła Magda znużona. – Miałam wtedy trzy lata. Tato poszedł po samochód. – Dodała odbierając mu zdjęcie i odstawiając na miejsce.

- Wiem, widziałem. To nie było przypadkiem zrobione wtedy, kiedy mój ojciec… Twój dziadek, wiesz, przyjechał do Polski?

- Jeśli chodzi ci o wtedy, gdy pierwszy raz od wyprowadzki przyjechał nas odwiedzić, to tak. Wyszliśmy po niego na dworzec. Pierwszy raz w życiu widziałam pociąg na żywo…

- Oj, no wiem, że wcześniej też często przyjeżdżał, ale zawsze w jakichś interesach…

- Artur! Jesteś gotowy? Tato już podjechał, czekają na ciebie. – Dobiegł z przedpokoju głos Mateusza.

- Już idę. Trzymaj się Madziu. Do zobaczenia jutro.

- Długo zostaniesz?

- Kilka, kilkanaście dni. Mam trochę spraw do załatwienia.

Odprowadziła go przed dom i patrzyła jak zajmuje miejsce pasażera obok kierowcy. Tył był już zajęty przez Anię – żonę ojca i Marię – żonę dziadka.

- Wdowę po dziadku. – Poprawiła się w myślach Magda.

2

- Skończyłem zmywać, Bąblu! – zawołał Mateusz.

- Nie krzycz, Brat. – Magda zajrzała do kuchni – Pościeliłam Ci łóżko. Na pewno chcesz u mnie spać?

- Nie ma mowy, żebym zostawił cię dziś samą.

- Człowieku, ja już mam 28 lat i nieraz nocowałam tu sama.

- Idziemy spać, czy przeciągamy stypę?

- Nie lubię tego określenia.

- Stypa? Stypa, stypa!

- Brat, przestań!

- No dobra, Bąblu. Nie złość się. To co, idziemy spać?

- Idź, ja się jeszcze pójdę dotlenić.

- Przecież już późno, gdzie ty chcesz łazić?

- Daj spokój, chcę być sama.

3

Zmrożony śnieg skrzypiał pod butami Magdy, poza tym panowała cisza. Noc była jasna, bo śnieg odbijał blask księżyca. Magda przeszła się drogą wzdłuż pola, lecz pod lasem zawróciła. Drogę znała na pamięć, mogła ją przejść nawet po omacku, ale dziś nie miała na to ochoty. Las wydawał się ponury i nieprzyjazny. Może dlatego, że po drugiej stronie nie było już ciepłego białego domku z zawsze palącym się na ganku światełkiem. Ani domku, ani dziadka – Pomyślała z przekąsem. – Nikt już tam na mnie nie czeka z gorącą czekoladą i dobrą albo, mówiąc uczciwie, czasem upierdliwą radą.

Tym razem gorąca czekolada czekała na nią w jej własnej kuchni. Magda usiadła przy stole i rozpłakała się nad kubkiem.

- Zauważyłem, że wuj Artur oglądał to zdjęcie. Dawno go nie widziałem. – Odezwał się Mateusz trzymając w ręku ramkę.

- Zdjęcia czy Artura? – spytała zaczepnie Magda ocierając łzy.

- Jednego i drugiego. – W kuchni zapadła cisza, Magdzie nie chciało się podejmować tematu.

- Dziadek był fajny… – Mateusz znów się odezwał.

- Wtedy tak bym o nim nie powiedziała. Wtedy i jeszcze długo, długo potem.

4

To był ciepły letni dzień 1987 roku. Trzyosobowa rodzina – ojciec z nastoletnim synem i kilkuletnią córką snuli się po peronie Dworca Głównego we Wrocławiu. To znaczy snuli się ojciec i syn, dziewczynkę natomiast rozpierała energia.

- Tato! Czemu tu jest tak żółto? – Dopytywała co chwilę. – A co tu jest napisane? A kiedy wreszcie ten pociąg przyjedzie? Mogę tam wejść? Dlaczego… – Pierwsza wyprawa na dworzec zrobiła na niej ogromne wrażenie. – Zobacz! Jedzie! To ten?

- Nie, nasz ma opóźnienie. – Chłopiec przytrzymał dziewczynkę zanim zrealizowała pomysł wdrapania się na barierkę przy schodach.

- Co to znaczy? – Spytała odruchowo, ale już miała inny obiekt zainteresowań. Tato właśnie robił jej zdjęcie. Chłopiec odsunął się dyskretnie, opuszczając kadr.

- Kiedy ten pociąg przyjedzie? – Dziewczynka nie dawała za wygraną – Pójdę posłuchać, czy już jedzie.

- Magda! – Chłopiec zareagował ostro i złapał siostrę za ramię. Wolał nie ryzykować, że siostrzyczka nakręcona obejrzanym niedawno westernem, poleci jak Indianin przykładać ucho do szyny. Dopiero by mu ojciec dał.

- Ała! Tatusiu, on mnie trzyma!

- Mateusz, nie rób siostrze krzywdy. – Odezwał się mężczyzna, zajęty tym razem uwiecznianiem na zdjęciu tłustego gołębia ze skórką chleba zawieszoną na szyi.

- Przecież nie robię, kazałeś mi jej pilnować.

- Ja chcę posłuchać szyn, jak In… In… Inianie! – Zawołała Magda usiłując uwolnić się  z uścisku brata. – Tato!

- Uspokójcie się! – warknął ojciec zły, bo gołąb odleciał zanim mrugnęła migawka. A mogło być takie ciekawe zdjęcie…

- Widzisz, masz się uspokoić. – Szepnęła do brata Magda i wywaliła język jak tylko mogła najmocniej.

- Tato, no widzisz co ona robi? Ja już nie mam siły.

- Mateusz, nie denerwuj mnie. Jesteś starszy i mądrzejszy.

- I co z tego, kiedy ona jest głupia jak but. – Mateusz miał już dość roli niańki. Odkąd Magda się urodziła, ciągle go nią obarczali.

- Sam jesteś głupi – Magda wreszcie wyswobodziła się z uścisku i pobiegła schować za nogą taty. – On mi ciągle dokucza, tatusiu. I strasznie mi ścisnął rękę, o patrz. Boli mnie. – posłała Mateuszowi wredne spojrzenie małego donosiciela.

- Słuchaj… – tato wziął ją za dłoń z zamiarem odprowadzenia na bok i przeprowadzenia poważnej rozmowy. Zamiast tego musiał się jednak zadowolić standardowym straszakiem – Porozmawiamy o tym w domu. – gdyż z oddali dobiegł właśnie gwizd pociągu, a z głośników popłynął bełkotliwy komunikat: „Uwaga! Uwaga! Opóźniony pociąg relacji Praga – Warszawa wjedzie na tor pierwszy przy peronie pierwszym! Podróżnych prosimy o zachowanie ostrożności i odsunięcie się od torów”.

5

Pociąg wtoczył się na stację wśród zgrzytów i pisków kół oraz radosnych nawoływań oczekujących na pasażerów członków rodzin i znajomych. Pustawy do tej pory peron zaludnił się w okamgnieniu. W tym tłoku trudno było cokolwiek wypatrzeć, nie mówiąc już o szukaniu osoby, której nie widziało się nigdy w życiu. Dlatego Mateusz niespecjalnie przykładał się do wyglądania dziadka, całość wysiłków kierując na obserwowanie pięknej dziewczyny w obcisłych dżinsowych spodenkach i bluzeczce z dekoltem. Jego koleżanki z klasy tak nie wyglądały, ale one i tak nigdy nie wydawały mu się interesujące. Co innego to zjawisko! Ach, gdybyż tak do niej zagadać…

- Mateusz! – Z zamyślenia wyrwał go głos ojca. Miał ochotę nie reagować, wtopić się w tłum i ruszyć za tą piękną dziewczyną, ale tłum zdążył już zrzednąć na tyle, że plan stał się niewykonalny. Chłopak z ociąganiem odwrócił się i poszedł w stronę końca pociągu. Ojciec stał przy ostatnim wagonie i odbierał podawane przez okno walizki.

- Znalazłeś dziadka?

- Tak. Chodź szybciej, pomożesz mi. Weź te dwie i zanieś do samochodu. Masz tu kluczyki. Acha, i zabierz Magdę, bo się jeszcze gdzieś zawieruszy.

- Dobra, a gdzie ona jest?

- Co?

- No, Magda. Przecież była z tobą. – Obaj rozejrzeli się po peronie, ale poza nimi prawie nikt już nie został. A z całą pewnością wśród tych niedobitków nie było widać trzyletniej dziewczynki.

- No pięknie! – zdenerwował się ojciec – przecież miałeś jej pilnować!

- Pilnowałem, ale potem pobiegła do ciebie i jak przyjechał pociąg to już była z tobą!

- Nie krzycz, idź jej szukać!

- Sam nie krzycz.

- Idź szukać, bo obaj będziemy mieli kłopoty. Co ten dziadek tam robi do cholery? Tato, wychodź! Pociąg zaraz odstawią na bocznicę!

- Ja, ja. Jusz ide… – dobiegło z wnętrza łamaną polszczyzną.

6

Wcale a wcale nic nie słychać. Może to przez ten szum i hałas na dworcu? A może po prostu nic nie jedzie? – Myślała właśnie Magda przyciskając ucho do szyny. Nareszcie udało jej się spełnić marzenie, a tu nic. Ale przecież telewizja nie kłamie? Nie ma rady, trzeba poczekać aż pociąg ruszy. Sama widziała, że tylko wysadzają pasażerów i odjeżdżają gdzieś dalej. Wystarczy, że poczeka, pociąg nie będzie tu stał w nieskończoność.

Gwizdek konduktora, no zaraz się zacznie – pomyślała i mocniej docisnęła ucho do szyny. Nagle coś poderwało ją w powietrze, świat zawirował i zamiast klęczeć na torach stała znów na peronie. Pociąg przetaczał się z łoskotem tam gdzie jeszcze przed chwilą nasłuchiwała. Rozpłakała się, ktoś mocno trzymał ją za ramię, ktoś coś mówił, a może nawet krzyczał, ale łoskot pociągu zagłuszał wszystko. Chciała się wyrwać i uciec jak najdalej stąd. Przecież już, już miała się dowiedzieć jak słychać pociąg w szynie! Ktoś jej wszystko zepsuł! To takie niesprawiedliwe!

Magda krzyczała, płakała i próbowała się wyrwać, ale uścisk dziadka był pewny. Najpierw próbował coś mówić, ale zrezygnował, bo huk pociągu i tak wszystko zagłuszał. Odprowadził ją na bok, chociaż… odciągnął byłoby właściwszym określeniem… Dziewczynka prawie pokładała się na brudnej podłodze peronu. Nie mogło jej to bardzo zaszkodzić, bo i tak była już umazana rdzawym kurzem torowiska. Niemniej jednak właśnie wywinęła się śmierci i jej ojciec i brat wciąż stali jak wmurowani myśląc co mogło się stać, ale na szczęście się nie zdarzyło.

- Dość! W tej chwili się uspokój! – powiedział donośnym głosem dziadek. Magda umilkła natychmiast. Raczej sprawił to ton, jakim słowa zostały wypowiedziane, niż treść, której nie zrozumiała, bo padła w języku niemieckim. Dziadek mówił dalej, ale dla dziewczynki nie to miało znaczenie. Ważniejsze wydało się, że znów została podniesiona do góry i tym razem wylądowała brzuchem na kolanie dziadka. Dziwny bełkot wciąż płynął, ale Magda zwracała już tylko uwagę na spadające na jej wypiętą właśnie pupę klapsy. To było straszne. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyła. Ból był okropny i zdawał się nie mieć końca…

7

- Nie przesadzaj, dostałaś raptem trzy klapsy. I na pewno nie mogły być takie mocne, bo jak tylko postawił cię na ziemi zaraz przestałaś się mazać. – uśmiechnął się Mateusz.

- Co ty możesz wiedzieć? Dla mnie to trwało wieczność.

- O laniu akurat trochę wiem. I ty z pewnością też, więc nie demonizuj. A teraz chodź już spać, bo nas ranek zastanie w tej kuchni. Padam na twarz, cały dzień jechałem, potem ten pogrzeb i stypa. Mam dość. Dobranoc.

- Dobranoc.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ŚWIAT W PASKI

 

Tytułem wprowadzenia…

17 gru

Każdy blog, nawet najregularniej prowadzony zalicza wpadkę w postaci zastoju. Mój trwa już przeszło pół roku, ale pomysł na nową serię już mam. Chyba, że bardzo chcecie kontynuacji starej… Trudno, od nowego roku będzie nowa. A jeśli coś zawalę, to może mnie zlać ;)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii SZKOLENIE

 

Odcinek 16. Koniec historii

09 kwi

17.10.2000r. wtorek

Nie chce mi się pisać, ale i tak nie mam nic lepszego do roboty. Na dworze leje deszcz, lekcje odrobione, książki przeczytane, a na tym zadupiu można sobie co najwyżej w łeb strzelić. Nie zamierzam jednak kończyć ze sobą, zakończę więc historię spadającego drzewa, bo wreszcie zanosi się na coś w rodzaju happy endu.

Maryśka wyjechała w niedzielę z samego rana i nie wróci co najmniej przez tydzień. Skończyło się więc dręczenie, Rysiek zachowuje się normalnie, ja też próbuję. Najgorsza okazała się szkoła – tyłek piecze niesamowicie i ciężko mi było wczoraj i dziś wysiedzieć na lekcjach. Strasznie bałam się w-fu, ale w  końcu wykombinowałam, że będę ćwiczyć w dresie. Nikt nie zauważył moich śladów, a Dyr tylko machnął ręką. Teraz codziennie jeździmy razem do szkoły i z powrotem, bo tak jest wygodniej no i Rysiek woli mnie mieć na oku. Nie narzekam, w ogóle zrobiłam się ostatnio mniej rozmowna. Wolę nie prowokować, może jeszcze uda mi się odzyskać zaufanie i wrócić do własnego domu.

Najbardziej obawiałam się dzisiejszego treningu. Stachowiak nie przymknąłby oka na nieregulaminowy strój, a świecenie pręgami przed dziewczynami i trenerem nie było mi w smak. Co prawda większość śladów już zniknęła, ale te na udach są bardziej sine i trzymają się dłużej.

W szatni zjawiłam się wcześniej niż zwykle – po lekcjach musiałam zostać w szkole – Dyr miał mnie zabrać dopiero po treningu. Odrobiłam w międzyczasie wszystkie zadania, zjadłam obiad, zajrzałam do biblioteki i szukając miejsca na czytanie świeżo wypożyczonego kryminału trafiłam do sali gimnastycznej. Przebrałam się, zadowolona z samotności i z książką rozłożyłam na ławce. Nawet nie zauważyłam kiedy wokół zrobiło się tłoczno, dziewczyny śmiały się i trajkotały jedna przez drugą. Ze zdziwieniem zauważyłam, że ich uwaga skupiona jest na Magdzie.

- No, ładnie! Stachowiak będzie zadowolony. – Poważnie powiedziała Agata, a dziewczyny wybuchnęły śmiechem.

- I jeszcze każe ci  przekazać ojcu gratulacje – Dodała któraś.

- A pamiętacie jak kiedyś Aldona przyszła z pręgami na udach i kazał jej je prezentować? – Znów wybuch śmiechu i potakiwanie dziewczyn, które w drużynie spędziły co najmniej rok. Powoli zaczynało do mnie docierać co się dzieje. Tym bardziej, że Agata udając Stachowiaka zaczęła demonstrować wszystkim wystające spod Magdzinych spodenek dwie sine, zawinięte pręgi.

- Proszę o uwagę! Oto koleżanka Magda zaprezentuje wam dziś efekt działania kabla na tylną część ciała! – Uśmiechnęłam się mimo woli, Agata dawała niezłe przedstawienie. – Proszę państwa, widzimy tu oto najdoskonalszą formę połączenia techniki z naturą! Patrzcie uważnie i zapamiętajcie: kabel najlepszym narzędziem do karania jest! Proszę powtórzyć!

-KABEL NAJLEPSZYM NARZĘDZIEM JEST! – Ryknęły chórem dziewczyny.

- Paulina! Proszę powtarzać z nami! – Zwróciła się do mnie, a dziewczyny jak mantrę powtarzały to jedno zdanie zachęcając mnie do przyłączenia się.

- Kiedy mnie kabel nie zachwyca. – Podjęłam grę.

- Jak to? Kabel Pauliny nie zachwyca? – Agata ze zdziwieniem rozejrzała się po wszystkich.

- Ano, nie zachwyca. – To powiedziawszy wstałam i odwróciłam się. Skandowanie ucichło.

- Ooo… – Wyrwało się Agacie. – Nie wiedziałam… – Zawahała się – …że wolisz rózgę! – Śmiałyśmy się do łez i do gwizdka zwołującego nas na trening.

Stachowiak, jak to przewidziała Agata, w samych superlatywach wypowiadał się o metodach wychowawczych jakie zastosowano na Magdzie i mnie. Takim go nie znałam. Wiedziałam, że jest surowy. Różne plotki na jego temat krążyły, miałam też okazję przekonać się, że nie są do końca bezpodstawne. Ale taka bezpośredniość, zwłaszcza w stosunku do prawie dorosłych dziewczyn, była dla mnie zaskoczeniem. Po treningu dziewczyny żartowały w szatni, że Stachowiaka kręci tylko lanie. A że jest w szkole na to przyzwolenie – używa sobie ile może. Od Agaty dowiedziałam się jednak, że niewiele w tym prawdy. On po prostu uważa tę „metodę wychowawczą” za najlepszą na świecie, i chętnie o niej wspomina, ale stosuje nader rzadko.

- On leje naprawdę w ostateczności, większość z nich – Wskazała na koleżanki z drużyny – nie zarobiła nawet ostrzeżenia, nie mówiąc już o pasie na dupę. Z drugiej strony… Jeśli obieca, że da – dotrzyma słowa na 100%.

Trudno, na Stachowiaka muszę uważać, na wszystko właściwie muszę uważać. Rozmawiałam z Magdą dość długo. Czekałyśmy na Dyra opowiadając sobie skąd się nam wzięły ślady. Po treningu naprawdę mi ulżyło – że zamiast szeptów za plecami albo docinków była zwykła akceptacja. Była jakaś wina, po niej jakaś kara. Lanie? Przecież wiele osób dostaje, co w tym dziwnego. Grunt, to się więcej nie pakować w kłopoty.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii CO-DZIENNIK, SZKOLENIE

 

Niedoodcinek

09 kwi

Gdzieś między sobotą a niedzielą

Nie mogę spać, tyłek i uda mam wciąż czerwone i palące, gdzieniegdzie wylazły sine pręgi i te bolą najbardziej. Pode mną wreszcie ucichło. Maryśka przez 2 godziny szwendała się i robiła dużo hałasu. Podsłuchałam, że jutro wyjeżdża, bo mamusia jej się rozchorowała. Dobrze jej tak, dobrze im wszystkim, niech umrą w męczarniach za to co mi zrobili!

Najbardziej mnie złości, że zostałam upokorzona. To całe lanie przez prawie obcych ludzi, stanie z gołą dupą w kącie, siedzenie z nimi przy kolacji na twardym krześle… I to ciągłe pouczanie, upominanie i rozkazywanie – zrób to, nie rób tamtego, siedź prosto. Jakby im było mało samego lania. Chociaż prym w dręczeniu wiodła Maryśka, Dyr praktycznie się nie odzywał. Jak sobie pomyślę, że mam z nimi jutro jeść śniadanie, to robi mi się niedobrze.

A może by tak uciec? Nie będę musiała znosić widoku moich oprawców (oprawcy, bo Maryśka się zmywa), nie będę musiała iść do szkoły i na trening (patrz – odpada tłumaczenie się ze śladów na udach), i… Właściwie to nie wiem co, same minusy mi przychodzą na myśl… Czyli jednak zostaję?

A gdyby tak trochę poprawić zachowanie? Przecież to nie jest trudne. Do wyjazdu rodziców właściwie nie sprawiałam kłopotów – od czasu do czasu gorsza ocena, albo wagary, względnie – kłótnie z rodzicami… A skoro nie ma rodziców do kłócenia się z, oceny są w porządku, pozostaje mi tylko zrezygnować z wagarów. Mogę być też obleśnie porządna, żeby uprzykrzyć życie Ryśkowi. Fuj, to zakrawa o kurewstwo. Trudno, w takim razie będę kurwą :D

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii CO-DZIENNIK, SZKOLENIE

 

Odcinek 15. Kara

22 lut

- Podjąłem decyzję – powtórzył Rysiek – Ponieważ zachowujesz się jak smarkula, muszę mieć cię na oku. Ta cała piątkowa historia… – Potrząsnął głową, wyjął z kieszeni papierosy i schował je z powrotem.

- To znaczy, że co?

- To znaczy, że za chwilę pójdziesz się spakować, bo przeprowadzasz się do nas. I będziesz z nami mieszkać aż do powrotu rodziców…

- Ale to jeszcze prawie trzy tygodnie!

- Nie podnoś głosu! I nie przerywaj mi. Jeszcze nie skończyłem. Siadaj. – Usiadłam, a Rysiek zaczął krążyć po pokoju. Rozejrzałam się za przyniesionym poprzednio pasem, ale nie udało mi się go zlokalizować. To będzie to lanie, czy nie?  - Miałem cię za odpowiedzialną młodą osobę, ale im lepiej cię poznaję, tym mniej rozumiem. Skąd u ciebie takie wybryki? Wagarujesz, opuszczasz się w nauce, jeździsz do tego cholernego lasu i albo pakujesz się pod ścinane drzewo, albo wracasz z anginą!

- Wcale nie tylko…

- Teraz ja mówię! Mimo moich ostrzeżeń wciąż pakujesz się w kłopoty. Wolę więc mieć cię na oku przez cały czas. A teraz zjeżdżaj na górę się pakować! Tylko bez wygłupów – masz zabrać wszystkie książki i zeszyty, i ubrania na tydzień. Masz pół godziny.

Nic z tego nie rozumiem. Więc nie będzie jednak tego lania? Może uznał, że skoro dostałam w lesie to mam już wystarczającą nauczkę? Tylko czemu nawet o tym nie wspomniał? – Zastanawiałam się, upychając książki i ubrania w torbie podróżnej. Powoli docierało do mnie, co mnie czeka w związku z wyprowadzką. Dyrektor mieszkał na drugim końcu miasta, więc droga do szkoły wydłuży się kilkukrotnie. Do znajomych też będę miała daleko. Poza tym mam mieszkać z prawie obcymi ludźmi. Ale zaraz! Co będzie ze zwierzakami? Piratem – papugą i Psycholem – chomikiem? Zbiegłam do salonu z pytaniem na ustach, ale na dole nikogo nie było. Rysiek zniknął. Wyjrzałam na balkon, ale tam też ani widu, ale… coś usłyszałam… Podkradłam się do okien Tomka – mamy z nim wspólny balkon oddzielony tylko metrowym murkiem, drzwi balkonowe były niedomknięte i właśnie stamtąd docierały interesujące mnie głosy.

- …więc chciałem cię prosić, żebyś się nimi zajął. – mówił Rysiek.

- No nie wiem, mam ostatnio dużo pracy… Na pewno nie zmieni pan zdania?

- Nie ma mowy, już zbyt wiele razy nadużyła mojego zaufania. A po wczorajszym… Brak mi słów.

- Opowiedziała panu co się stało?

- Tak i nawet poprosiła o wymierzenie kary. Chyba myśli, że mnie tym zmiękczy.

- No wie pan… Skoro sama się przyznała, może trzeba to uznać za okoliczność łagodzącą?

- To oczywiste, doceniam to. Gdyby się nie przyznała, pewnie bym się nigdy nie dowiedział, bo i skąd? Ale prośba o karę? Dobrze wie, co ją czeka, ale to ja decyduję jak i kiedy.

- Niech pan nie będzie dla niej zbyt surowy. Bardzo przeżyła wczorajszy wypadek…

- Gdybym tam był, chyba bym ją rozszarpał… – Dalej nie słuchałam, bo czas leciał a skoro jednak szykowała się kara gorsza od przeprowadzki, wolałam nie pogarszać bardziej swojej sytuacji i wróciłam do pakowania. Wyglądało na to, że zwierzaki będę musiała zostawić i zajmie się nimi Tomek. Szkoda…

- Pół godziny minęło!

Przytargałam plecak i torbę podróżną do salonu. Rysiek znów siedział na kanapie.

- Gotowa?

- Tak, ale co z chomikiem i papugą?

- Tomek się nimi zajmie.

- Jak to? Nie zgadzam się, żeby łaził po moim pokoju pod moją nieobecność!

- Nie dyskutuj. Zwierzęta zostają, Tomek się nimi zaopiekuje.

- To ja nigdzie nie jadę.

- Tak? A może porozmawiam na ten temat z twoim ojcem?

To był cios poniżej pasa. Musiałam się poddać.

- Nie.

- Więc jedziemy. Ubieraj się.

Wychodząc zostawiliśmy u Tomka jeden komplet kluczy i instrukcje dotyczące zwierzaków. Jeśli poradził sobie z nimi jak byłam chora, to i teraz da radę… Ale świadomość, że będzie się kręcił po moim domu i zaglądał we wszystkie kąty, okropnie mnie złościła. Do tego stopnia, że przez całą drogę nie mogłam się skupić na gadaninie Ryśka i chyba ominęła mnie jakaś zjebka. Ha, ha.

- Chodź, pokażę ci twój pokój. – Przeszliśmy z garażu do wnętrza domu i wdrapaliśmy się na piętro. Na końcu korytarza były jeszcze jedne schody prowadzące na strych.

- Tędy – Rysiek poprowadził mnie nimi do pokoju gościnnego. Użytkowy strych, duże okna dachowe, na środku pokoju łóżko, pod ścianą szafa i małe biurko. Przy balustradzie półki na książki.

- Rozgość się, rozpakuj. To będzie twój dom przez najbliższe dni.

- Ale tu jest zimno.

- Zaraz się nagrzeje, poza tym optymalna temperatura do pracy i spania to 18 stopni.

- Wolę 20…

- Ale będziesz miała 18. Bierz się do roboty, za pół godziny sprawdzę jak sobie radzisz. Lepiej żeby wszystko było jak trzeba. – Gdzieś na dole zadzwonił dzwonek. – O, żona wróciła. – Stwierdził i już go nie było.

Rozpakowałam się ekspresowo i czekałam na rozwój wydarzeń. Rysiek zjawił się punktualnie, wręczył mi pościel i ręcznik, zrobił inspekcję i nie stwierdziwszy uchybień kazał zejść do kuchni.

Kuchnia była duża i ciekawie urządzona. Ale miałam ważniejsze sprawy na głowie niż przejmowanie się wyposażeniem. Za dużym stołem siedziała Marysia. Pierwszy raz widziałam, żeby na jej twarzy nie gościł uśmiech i trochę mnie to przeraziło. Rysiek ustawił mnie przy przeciwległym końcu stołu i kazał jeszcze raz wszystko opowiedzieć. Miałam już dość tego ekshibicjonizmu, trzeci raz opowiadać tę samą wstydliwą historię? Ograniczyłam się więc do lakonicznego streszczenia „wagary – las – spadające drzewo”. Marysia słuchała w milczeniu. Kiedy skończyłam, spytała:

- To wszystko, co masz mi do powiedzenia?

- No… Tak.

I się zaczęło… O mojej lekkomyślności, narażaniu ich na stres, siebie na śmierć albo kalectwo, okłamywaniu itd. Itp. Wyłączyłam się dość szybko, czekając aż reprymenda dobiegnie końca. I tak nie da się odwrócić tego co się stało, żadne gadanie tego nie zmieni. A drugi raz się w takie bagno nie wpakuję, Marysia nie musi mnie do tego przekonywać…

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Wyrwało mnie z letargu pytanie.

- Tak. – Przytaknęłam gorliwie mając nadzieję, że nie przegapiłam czegoś ważnego.

- Więc jaka jest twoja decyzja? – O cholera jednak przegapiłam! Tylko żeby się teraz nie wydało… Co ja mam odpowiedzieć?

- Tak czy nie? Zgadzasz się? – drążyła Marysia.

- Tak. – Odpowiedziałam niepewnie. – Zgadzam się. – „Tylko na co, do cholery?”

- Ściągaj spodnie – Rysiek rozwiał moje wątpliwości – I oprzyj się o stół.

Spełniłam żądania, myśląc już tylko o tym, że zaraz będzie po wszystkim i będę się mogła rozluźnić. Niech już w końcu dostanę to lanie i niech się to wreszcie skończy!

Rysiek poprawił moje ustawienie, trochę rozsunął mi nogi i kazał mocniej się nachylić. Kątem oka dostrzegłam jak odchodzi w głąb kuchni i wraca z wiadrem pełnym jakichś patyków. Rózeg – poprawiłam się w myślach – to są rózgi! Świst jednej z nich przeciął powietrze, wzdrygnęłam się ale nie poczułam bólu. To była tylko próba.

- Myślę, że powinna dostać na gołą. – Odezwała się Maryśka, po czym wstała zza stołu i osobiście zsunęła mi majtki. Ścierpła mi skóra w oczekiwaniu na pierwsze uderzenie. Ale znowu czekało mnie kazanie. Kurwa! Niech wreszcie przestaną się nade mną znęcać, przecież ja tu za chwilę dostanę zawału!

TRZASK! – na mój goły tyłek w końcu posypały się rózgowe razy. Świszczące, piekące i palące spadały raz za razem, niektóre przesunięte zbyt daleko zahaczały o biodro i odrywały mnie od ustalonej pozycji. Kiedy pośladki pokryły się równomiernymi różowymi i czerwonymi pręgami, Maryśka znów się zbliżyła i opuściła mi spodnie i majtki do kolan. Teraz rózgi posypały się na uda. Ból był niewyobrażalny, nigdy jeszcze takiego nie doświadczyłam. Płacz i krzyki nie na wiele się zdawały. Rysiek bił systematycznie pośladki i uda, robiąc przerwy jedynie na zmianę rózgi. Szybko zaczęłam przestępować z nogi na nogę. Uda piekły niesamowicie. Maryśka nie wróciła na miejsce za stołem, stała tuż obok, a kiedy zbytnio zaczęłam się wiercić – przytrzymywała mnie w stalowym uścisku. Nie mogąc się ruszyć starałam się jak najmniej naprężać mięśnie, żeby choć w ten sposób ograniczyć ból, ale szybko przestawałam nad tym panować. Marzyłam o wyrwaniu się. W końcu osłabłam i chlipałam bezradnie. O dziwo to chyba pomogło, bo lanie nie trwało już zbyt długo, a i siła uderzeń jakby zmalała.

Nie był to jednak koniec mojej udręki. Maryśka poderwała mnie do pionu, wręczyła chusteczkę i wysłała do kąta. Ostro zareagowała na próbę podciągnięcia spodni.

- Czy ja powiedziałam, że możesz się ubrać? Marsz do kąta! I ani mi się waż ruszyć!

Za moimi plecami trwała wieczorna krzątanina. Sądząc po odgłosach, szykowano kolację. Nie miałam odwagi się obejrzeć, z resztą – ważniejsze było zwalczenie chęci pomasowania obolałych ud i pośladków. Maryśka na każdą moją próbę sięgnięcia do nich reagowała ostrzeżeniem. Załapałam już dwa, ale tyłek piekł tak niesamowicie, że nie mogłam się powstrzymać. Skorzystałam z okazji, że Rysiek wyszedł z kuchni i delikatnie dotknęłam tyłka.

- Trzecie ostrzeżenie! – Krzyknęła Maryśka i usłyszałam jak idzie w moją stronę. Szybko zabrałam rękę.

- Ja już nie będę, przepraszam! – Próbowałam się ratować. Bezskutecznie. Złapała mnie wpół i zgięła tak, że musiałam się wypiąć. Wlepiła mi sześć sążnistych klapsów cedząc – Jak… Każę stać… Nieruchomo… To masz… Mnie… Słuchać! – Puściła i kazała znów stanąć twarzą do ściany. Łzy spływały mi po policzkach, ale do końca kary ani drgnęłam.

- Ubierz się i siadaj do stołu. – Kiedyż nadejdzie upragniona wolność? Teraz mam z załzawionymi oczami, zasmarkanym nosem i co najgorsze obolałą tylną częścią ciała siedzieć przy stole i jeść kolację! Ratunku!

Nie wiem jak to przetrwałam: jedzenie, sprzątanie ze stołu, mycie naczyń i znów kazanie… W Maryśce obudziła się prawdziwa sadystka. Dała mi 20 minut na mycie i znalezienie się w łóżku. Oczywiście przylazła sprawdzić, czy się wywiązałam.

- Mam nadzieję, że ta kara podziała na twoje zachowanie. Pamiętaj o niej, kiedy znów przyjdzie ci do głowy głupi pomysł. Dobranoc.

- Dobranoc – Odpowiedziałam, miotając w myślach przekleństwa pod jej adresem i życząc jej jak najgorzej. I pomyśleć, że wczoraj wydawało mi się, że dostałam najgorsze w życiu lanie… Naiwna.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii CO-DZIENNIK, SZKOLENIE

 

Odcinek 14. Zaraz zwariuję!

22 lut

 

14.10.2000r. sobota

Jestem zdesperowana, chyba do wszystkiego się przyznam. Świadomość, że omal nie zginęłam rozpłaszczona spadającym drzewem nie daje mi spokoju. W nocy koszmar za koszmarem – jak nie goniący mnie robotnicy leśni, to złośliwe drzewa rzucające się przygniatać moją rodzinę… Mam dość, pogadam z Tomkiem, może mi coś poradzi?

Dobre postanowienie nie jest złe. Wstałam wcześnie (i tak nie mogłam spać), wysprzątałam mieszkanie, zrobiłam zakupy, pożyczyłam zeszyty i uzupełniłam piątkowe lekcje. A wszystko to z myślą: „zrobię jeszcze tylko to i pójdę porozmawiać z Tomkiem”. W końcu zdecydowałam – jeszcze tylko zjem obiad i już na pewno, na 100%, idę do Tomka. Obiad jadłam najdłużej jak to możliwe, powrót z knajpki do domu, zwykle zajmujący nie więcej niż 5 minut,  wydłużyłam trzykrotnie. Sytuacja rozwiązała się na schodach – kiedy wdrapałam się na ostatnie piętro, Tomek uchylił drzwi swojego mieszkania.

- Ależ cię dziś trudno zastać. Chodź, musimy pogadać.

- O czym? – Spytałam odruchowo, ale ponieważ mój plan zaczynał się walić (jeśli Tomek już o wszystkim wie, to zwlekając stracę możliwość przyznania się i być może złagodzenia kary) dodałam – Nieważne, też mam ci coś do powiedzenia.

I żeby się już nie wycofać, zaczęłam opowiadać zaraz po przestąpieniu progu mieszkania Tomka. Słuchał mnie w milczeniu, a na jego twarzy widziałam narastające zdziwienie, przez chwilę jakby zrozumienie, potem gniew, ulgę, a kiedy wspomniałam o wsiadaniu na rower i odjeździe – coś jakby wesołość.

- I co ja mam teraz zrobić? Pomóż mi! Rysiek pewnie zaraz wróci i będzie żądał wyjaśnień dlaczego nie byłam w piątek w szkole…  Nie chcę mu mówić o tym co się zdarzyło w lesie, bo strasznie się wkurzy. Na razie powiedziałam mu, że bolał mnie brzuch, ale chyba nie uwierzył… Ostatnio groził, że jak z czymś znowu wyskoczę, to dostanę lanie. Boję się, że pomyśli, że jednak byłam na wagarach i mi wleje, a co jak zobaczy ślady po wczorajszym? Jak je wytłumaczyć?

- Powiedz mu prawdę, tak jak mnie.

- Zwariowałeś? Przecież za to  lanie mam jak w banku!

- Sama zauważyłaś, że jak o niczym nie powiesz a jednak się wyda, to będzie kiepsko. Więc lepiej, żebyś się od razu przyznała.

- No… ale może jednak się nie wyda…

- Wyda się.

- Skąd możesz to wiedzieć?

- Wyda się, bo jeśli ty mu nie powiesz, ja to zrobię.

- Świnia! – Oburzyłam się, odwróciłam na pięcie i chciałam wyjść. Tomek złapał mnie jednak za ramię i przytrzymał.

- Więc po co mi o tym opowiedziałaś?

- Bo myślałam, że mogę na ciebie liczyć. Że coś mi doradzisz.

- Właśnie ci radzę. Przyznaj się do wszystkiego. Tak będzie najlepiej.

- Ale za to czeka mnie kara.

- Ale za to nie będziesz musiała się bać, że w jakiś sposób Rysiek się dowie, że go oszukałaś.

- A jak się nie wyda?

- Tak bardzo boisz się kary?

- No… przecież ten facet to mój nauczyciel. Nie chcę dostać od niego lania, ani tym bardziej, żeby oglądał mój tyłek. To już wolałabym dostać od ciebie… A… może ty byś mnie ukarał, a Ryśkowi nic nie powiemy?

- Teraz to już zupełnie zwariowałaś! Albo po prostu nie umiesz wyciągnąć wniosków z tego co się stało. Zamiast czuć się winna, że poszłaś na wagary i wpakowałaś się w kłopoty, martwisz się co zrobić, żeby uniknąć kary, która słusznie ci się należy! – Tomek trochę się uniósł. – Przyznaj się i szykuj tyłek do lania. Najwyżej będziesz mile rozczarowana.

No i siedzę w domu, martwiąc się wciąż o swój tyłek i dumę, które niebawem mocno ucierpią. Rysiek dzwonił przed chwilą, że już wrócił i jak tylko coś zje, wpadnie zobaczyć jak się mam. A jak ja się mogę mieć? Trzęsę się ze strachu, pocę i chyba zaraz się porzygam.

Wypiłam kieliszek wódki na rozluźnienie (niech żyje dobrze zaopatrzony barek!). Oczywiście wlałam go do szklanki pełnej Pepsi, żeby przypadkiem nikt nie poczuł ode mnie alkoholu. Chyba zaczyna działać…

Dzwonek do drzwi oderwał mnie od notatek. Schowałam zeszyt głęboko do szuflady i pobiegłam otworzyć.

- Czemu sam sobie nie otworzysz, przecież masz klucze? – Zjechałam Ryśka na dzień dobry. Stres pomieszany z alkoholem (co prawda nie było go dużo, ale czy mnie dużo trzeba?) sprawił, że było mi już wszystko jedno.  Postanowiłam też iść za radą Tomka i nastawić się tak, jakby wszystko się już wydało i lanie było nieodwołalne.

- Miłe przywitanie. Coś się stało?

- Pewnie, że się stało. Chodź do pokoju, o wszystkim ci opowiem.

Rysiek rozsiadł się na kanapie i odgonił papugę, która usiadła mu na ramieniu krzycząc „Hysiek! Hysiek!” – Nie możesz jej zamknąć w jakiejś klatce?

- Nie, bo się obraża, jest bardzo wrażliwa. Ale masz rację, odniosę ją do swojego pokoju. Chodź Pirat! – Z papugą na ramieniu powędrowałam na piętro. W drodze powrotnej zahaczyłam o sypialnię rodziców i wyjęłam z szafy stary, skórzany, szeroki pas. Ojciec dostał go od dziadka, jak się urodziłam. Taki chory prezent okraszony komentarzem: „gdybyś miał problemy wychowawcze”. Jak dotąd problemów nie było, więc pas wisiał nieużywany (poza tymi nielicznymi chwilami, kiedy sama próbowałam spuścić sobie nim lanie). A teraz wreszcie poczuję go na swoim tyłku jak należy. Tylko czy ja tego właśnie chcę?

- Hej! Żyjesz tam? – Dobiegło mnie z dołu.

- Tak, już idę. – Schowałam pas za plecami i poszłam do salonu.

- No, to jak było z tym bólem brzucha w piątek? A może był wyimaginowany? Jeśli tak, to zaraz poczujesz prawdziwy w innej części ciała – Spojrzał srogo, ale z wesołą iskierką w oku.

- Wiem… – Westchnęłam, wyciągnęłam zza pleców pas i położyłam na stole przed Ryśkiem. Korzystając z efektu zaskoczenia, opowiedziałam dokładnie o piątkowych wydarzeniach. Wszystkich. – … i wydaje mi się, że zasłużyłam na karę… – Dodałam lekko trzęsącym się głosem.

Rysiek milczał przez chwilę, po czym kazał mi iść do swojego pokoju. Sam wstał i wyszedł na balkon zapalić papierosa.

Czekałam na rozwój wydarzeń nie wiedząc co ze sobą zrobić. Z jednej strony czułam ulgę, że o wszystkim opowiedziałam, z drugiej – martwiłam się konsekwencjami. Ślady na tyłku jeszcze nie zeszły, nie mówiąc o tym, że nie przestały boleć, a tu zaraz czeka mnie poprawka. Ale czas płynął i nic się nie działo. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie przegięłam z tym pasem. W końcu Rysiek tylko straszył laniem, ale nigdy dotąd nawet mnie nie tknął. A jeśli pomyślał, że jestem szurnięta? Że zrobiłam to wszystko specjalnie żeby dostać lanie?!

Owszem, nieraz zdarzało mi się w ten sposób fantazjować. Wśród dzieciaków z podwórka i szkoły ja byłam jak nowy gatunek – nie dostawałam lania w ogóle, więc chłonęłam wszelkie wzmianki na ten temat jak gąbka. Lanie mnie fascynowało i im bardziej wydawało się nieosiągalne, tym bardziej go pożądałam.  Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że moje marzenia mogą się spełnić i że rzeczywistość będzie tak różna od oczekiwań… W wieku 16 lat nagle przekonałam się, że wcale nie jestem, jak mi się wydawało, za stara na lanie. W ciągu miesiąca mój tyłek zetknął się z dłonią Tomka i pielęgniarza, a także pasem Stachowiaka i jakiegoś robotnika leśnego. Wszystko zwykle działo się tak szybko, że nie miałam czasu na zastanowienie. A dziś…? Przemyślałam swoje zachowanie, a także czekające mnie jeszcze konsekwencje i byłam gotowa obiecać cokolwiek, byle tylko się od nich wywinąć.

- Paulina! – Wołanie z dołu wyrwało mnie z zamyślenia.

- Słucham?

- Chodź na dół.

W salonie unosił się lekki zapach dymu. Paczka papierosów w kieszeni koszuli Ryśka wyraźnie się uszczupliła. Pas zniknął ze stołu.

- Podjąłem decyzję.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii CO-DZIENNIK, SZKOLENIE

 

Odcinek 13. Trzynastego…

27 sty

13.10.2000r. piątek

Piątek trzynastego, niby nie jestem przesądna, ale dziś wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Zaczęło się od tego, że zaspałam. Budzik zapomniałam wczoraj nastawić… A może by sobie odpuścić szkołę na dziś? Zadzwoniłam do Marysi, żeby mnie zwolniła, bo niby źle się czuję.

Pech nr 1 – Marysia ma naradę i będzie wolna o 13.00. Rysiek odpada, bo siedzi w Poznaniu na jakiejś konferencji dla belfrów. Trudno, chrzanię wszystko i jadę do lasu, pogoda ładna, ciepło jak na połowę października.

Pech nr 2 – docieram do lasu, a tu przy mojej ulubionej trasie drzewa wycinają i wszędzie tabliczki „zakaz wstępu”. Staram się przejechać mimo to, ale jakiś robotnik leśny krzyczy, że przejścia nie ma i mam spadać. Próba przemknięcia się cichaczem za jego plecami, kiedy układa stos, też nie wypala. Łapie mnie i ostrzega, że jeszcze raz mnie tu zobaczy to nogi z dupy powyrywa.

- Ale ja tu zawsze jeździłam, czemu teraz nie mogę? – Oponuję.

- Bo teraz tu jest niebezpiecznie.

- Ale ja tylko kawałek tą drogą bym chciała…

- Przyjedź jutro, jak będziemy mieć wolne.

Właściwie mogłam wybrać jakąś inną trasę, ale im bardziej nie mogłam pojechać tą, tym bardziej jej chciałam. Wycofałam się poza zasięg wzroku pilarza, przypięłam rower do krzaka i zaczęłam przekradać się lasem. Odgłos pracujących pił zagłuszał szelest gałązek pod moimi stopami. Już, już prawie obeszłam wrednego robotnika, kiedy usłyszałam głośny trzask za swoimi plecami. Ktoś krzyknął „UWAGA!”, a ułamek sekundy potem coś pchnęło mnie w bok. Upadłam, słysząc huk i czując na plecach podmuch powietrza.

- Hej! Nic wam się nie stało? – Zawołał ktoś.

- Wstawaj! – Znajomy głos robotnika towarzyszył mocnemu szarpnięciu. Oniemiała stanęłam na nogi.

- W porządku! – Odkrzyknął robol trzymając mnie za kurtkę. – Idziemy! – Zakomenderował i poprowadził mnie w las, spory kawałek od drzewa, które (gdyby nie on) omal mnie nie przygniotło.

- Jesteś taka uparta, czy taka głupia, że nie rozumiesz co się do ciebie mówi?

- Ja, no… przepraszam… – Wydusiłam z siebie uświadamiając sobie co właśnie miało miejsce.

- Mogłaś tam zginąć, w ostatniej chwili zdążyłem. Co ci strzeliło do głowy, żeby tam leźć?

- Chciałam się dostać na punkt widokowy. Gdzie mnie pan prowadzi? Proszę mnie puścić! – Spróbowałam się uwolnić.

- Ja ci dam punkt widokowy! Tam – Pchnął mnie na pniak, potknęłam się i oparłam na nim. Facet przytrzymał mnie w tej pozycji jedną ręką. Drugą gmerał przy pasku.

Kurwa, czego on ode mnie chce? A jeśli mnie tu zgwałci? Kolejna próba ucieczki nie powiodła się…

- Teraz uciekasz? A jak cię prosiłem żebyś poszła w bezpieczne miejsce to nie byłaś taka chętna… Spokojnie, kara i tak cię nie ominie.

- Heniu! Co ty tam robisz? – Nowa postać dołączyła do tego tragicznego przedstawienia.

- Chodź no tutaj, potrzymasz ją, bo strasznie się wyrywa.

Panika sięgnęła zenitu – oczami wyobraźni zobaczyłam dwóch oprawców dobierających się do mnie.

- Będziesz ją lał?

- Niech ma nauczkę, że jak mówię nie łazić, to nie łazić!

- Ja już mam nauczkę. – Jęknęłam z ulgą, że to tylko o lanie ma chodzić.

- Ty lepiej siedź cicho! – TRZASK! TRZASK! TRZASK! Szybkie, mocne uderzenia pasa spadły na mój tyłek. Mimo spodni mocno to odczułam, spróbowałam się wyrwać, ale kolega Henia zdążył mnie skutecznie unieruchomić. TRZASK! TRZASK! TRZASK! Kolejne pasy sypały się bez przerwy z tą samą siłą. Wierciłam się, jęczałam, w końcu krzyczałam i płakałam. Po którymś „przepraszam, już więcej nie będę, obiecuję” uderzenia ustały. Tyłek piekł i pulsował, miałam wrażenie, że rozsadzi mi spodnie.

- Żebyś mi więcej nie właziła gdzie nie wolno, słyszysz?

- Tak… –Odpowiedziałam cicho

- Nie słyszę.

- Nie będę chodzić tam, gdzie nie wolno – Wychlipałam.

Henio z kolegą wyprowadzili mnie na drogę i towarzyszyli do roweru. Poczekali też aż na niego wsiądę (nadludzki wyczyn) i odjadę.

A teraz liżę rany w domu, ślady na tyłku mam wyraźne, miejscami przybrały odcień fioletu (tam gdzie pas uderzył kantem). Dzwonił Rysiek, wie już o mojej nieobecności w szkole. Podejrzewa, że to wagary, ale na razie zaakceptował wersję o złym samopoczuciu. Chwilę temu wpadł tu Tomek opowiedzieć o niecodziennym zdarzeniu jakie miało dziś miejsce w jego leśnictwie. Podobno jakiś dzieciak wlazł pod ścinane właśnie drzewo.

- Niemożliwe… Co za bezmyślność. A teraz idź, bo źle się czuję. Jakaś taka obolała jestem… – Ale Tomek zapewne doda dwa do dwóch i wyjdzie mu cztery czyli ja.

Chcę być sama, boli mnie, omal nie zginęłam. Wszystko jest do dupy. A jak Tomek się domyśli i co gorsza podzieli domysłami z Ryśkiem, to już chyba przez miesiąc nie usiądę…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii SZKOLENIE

 

Odcinek 12. Obóz cz.2

27 sty

10.10.2000r. wtorek

Polonistka, dzięki której (przez którą?) zaczęłam pisać ten hmm… pamiętnik, namawiała mnie żebym codziennie napisała choć kilka zdań. Ale brak mi samodyscypliny, a o chęciach to już nawet nie wspominam. Zresztą, gdybym notowała na bieżąco wszystko co mi się przytrafia, nie dałoby się tego czytać.

Tak więc po dłuższej przerwie – streszczenie obozu kondycyjnego:

Stachowiak postawił sobie za cel hartować nasze ciała i umysły. A może próbował nas złamać? Codzienne wyczerpujące treningi, czepianie się byle czego (bałagan w pokoju, palenie papierosów, nocne wygłupy), karne treningi wieczorami (nie zdarzył nam się żaden dzień bez jakiejś wpadki), w niedzielę mordercza wycieczka w góry itd. O Maryśkę się wściekał, ale na czołganiu w błocie na jej oczach się skończyło. Magda niepotrzebnie panikowała, a ja próbowałam zgrywać bohatera biorąc całą winę na siebie (chociaż katechetce dokuczałyśmy we dwie). W sobotę po południu zjawił się Rysiek i jeszcze od niego zebrałam ochrzan, ale tylko ustny. Zdaje się, że za Maryśką mało kto przepada…

Z ciekawszych rzeczy: Maryśka kopciła papierosy pod oknami pokoju Agaty i Olki, przez co im wszystko zalatywało dymem, a  Stachowiaka zmotywowało do dwukrotnego zrobienia nam rewizji. Papierosy popala w drużynie tylko Agata, więc napędził jej stracha. Na szczęście nic nie znalazł, nie przyszło mu do głowy żeby grzebać Agacie w pudełku tamponów :) . A Maryśce zrobiłyśmy numer – kiedy w sobotę wieczorem wyszła na dymka, wywabiłam z pokoju Ryśka pod pretekstem zabrania z samochodu rękawiczek i czapki, które miał mi przywieźć. Kiedy szliśmy przez parking, Rysiek zauważył dymek wylatujący zza załomu budynku i podkradł się, święcie przekonany że to któryś z uczniów popala. Myślałam, że pęknę ze śmiechu jak złapał za ramię katechetkę i wywlókł ją na parking. Jak się zorientował, że trzyma nauczycielkę, w ogóle się nie speszył tylko jeszcze na nią nawrzeszczał jaki zły przykład nam daje i że przecież wyraźnie zabronił palenia w czasie pracy (od czasu jak zaczął rzucać zrobił się cholernie niewyrozumiały dla innych).

W niedzielę poszliśmy w góry, pogoda była świetna, czapka i rękawiczki w ogóle się nie przydały.  Poza tym pamiętam tylko nogi trenera śmigające mi przed oczami, bo tempo narzucił nam takie że nie było kiedy rozejrzeć się dookoła.

W międzyczasie zdążyłyśmy sobie jeszcze urządzić zawody w oblewaniu się wodą (zalany cały korytarz – sprzątanie i wieczorny marszobieg za karę), bójkę Ola kontra Monika,  nie pamiętam o co poszło (wieczorny marszobieg), wypalić parę fajek (bez konsekwencji, bo nikt nas nie nakrył),oglądać tv po północy (dla odmiany poranny marszobieg o 5 rano), wysmarować pastą wszystkie klamki w budynku (sprzątanie i pożegnalny bieg dookoła ośrodka, bo to w ostatni dzień). Miałyśmy też w planach zwiedzanie okolicy pod kątem dyskoteki, ale pensjonat w którym nas zakwaterowano znajdował się dobrych 10 km od cywilizacji i to nas skutecznie zniechęciło.

Powrót podobno był wesoły, ale razem z Magdą tego nie doświadczyłyśmy, bo Stachowiak zabrał nas swoim samochodem. Nie było źle, chociaż początek podróży zaczął się kazaniem na temat zachowania. Zasnęłam po dziesięciu minutach, a jak się obudziłam było już po wszystkim. Stachowiak nawet się nie kapnął, że spałam. Teraz na odgłos chrapania wybuchamy z Magdą głośnym śmiechem :)

U rodziców wszystko w porządku, nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo za nimi tęsknię dopóki dziś z nimi nie pogadałam. Kiedy składali mi życzenia imieninowe omal się nie poryczałam. Pierwszy raz spędzam imieniny samotnie… Dobrze, że to nie urodziny albo Wigilia ;)

Pocieszył mnie Tomek, który wpadł zobaczyć jak się mam po wyjeździe. Mrrr… Idę spać, jutro kolejny ciężki dzień – powrót do codzienności.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii SZKOLENIE

 

Odcinek 11. Obóz cz.1

25 sty

4.10.2000r. środa

Czy ja się kiedyś uwolnię od kłopotów? Wyjazd na obóz miał być odskocznią od codziennych problemów ze szkołą i treningami, a tymczasem wygląda na to, że wpadłam z deszczu pod rynnę. I to jak zwykle dzięki samej sobie…

- Mam złe przeczucia – powiedziała Magda ciągnąc mnie na balkon.

- Jakie? W związku z czym? – zdziwiłam się.

- Wydaje mi się, że przegięłyśmy z Maryśką.

- E tam… Nawet jeśli, to ona nam przecież nic nie zrobi. – Wzruszyłam ramionami.

- Ona może nie, ale jak się poskarży Stachowiakowi? Poza tym… Chyba po prostu przesadziłyśmy…

Tuż przed wyjazdem okazało się, że Stachowiakowi coś wypadło i dojedzie jutro rano. Atmosfera momentalnie się rozluźniła. Wpadłyśmy do autobusu i zajęłyśmy cały tył, gdzie jak wiadomo, zawsze jest najweselej. Niestety katechetka, która miała się nami tymczasowo zająć, usiłowała zastąpić trenera dosłownie. Oczywiście od razu wywołało to falę niezadowolenia i przez całą drogę docinkom i żartom pod adresem Maryśki nie było końca. Zwieńczeniem było kompletne olanie tego co miała nam do powiedzenia po przyjeździe i wypad z autobusu, żeby jak najszybciej (jeszcze przed pierwszakami, z którymi jechałyśmy) zająć pokoje.

- Myślisz, że to z pacierzem przed podróżą było nie na miejscu? – spytałam ironicznie.

- Pytanie! – Magda się uśmiechnęła – Ale dobijające było „niech pani wróci, jak już pani skleci całe zdanie”.

- Ja tylko spuentowałam to co zaczęłaś. Moja wina, że śmiałaś się z jej jąkania?

- Nie mówię, że to twoja wina, tylko że przesadziłyśmy.

- Masz rację, może by ją przeprosić? Przy kolacji?

Przeprosiny na nic. Spotkałyśmy się z dziewczynami z drużyny wcześniej i wszystko zaplanowałyśmy. Wyrzutów sumienia było więcej niż Magdy i moje więc nie było problemów. Szybka zrzutka na bombonierkę i już skruszone kajałyśmy się przed Maryśką. Nie przyjęła przeprosin. Obiecała wszystko opowiedzieć Stachowiakowi. Po kolacji poszłyśmy prosto do pokojów wypakować się i zrobić porządek. Starsze dziewczyny mówią, że Stachowiak włazi wszędzie i wszystko sprawdza, jak w wojsku.

Magda jest wystraszona i to całkiem mocno. Kiedy układa ubrania na półce drżą jej ręce. Co chwilę coś upuszcza, w końcu siada zrezygnowana na łóżku.

- Mam już dość! Nie wytrzymam!

- Czego? – Dopytuję.

- Tego wszystkiego. Tego stresu. Tego, że ta głupia baba poleci się skarżyć Stachowiakowi.

- No to co, że się poskarży? Co Stachowiak może nam zrobić? – Pytam, choć całkiem niedawno na własnej skórze się przekonałam o jego możliwościach. Ale nie wiem jak dużo wie Magda…

- Może nas wyrzucić z drużyny, albo wezwać na rozmowę rodziców. Nie mówił ci?

- Coś tam mówił… Ale z tego co wiem, wyrzucenie to ostateczność. Przecież nie zlikwiduje od ręki całej drużyny za to, że nie słuchałyśmy Maryśki.

- Za niesłuchanie pewnie nie, ale przecież my jej dokuczałyśmy.

- A reszta się śmiała, to też dokuczliwe. Nie martw się, najwyżej się skończy na wezwaniu rodziców.

Magda nie wyglądała na pocieszoną. Pomogłam jej rozpakować resztę rzeczy, zrobiłyśmy porządek w pokoju i naszykowałyśmy się do spania.

- GASIMY ŚWIATŁA! – Darła się pół godziny później na korytarzu Maryśka

- Nie zapomnij o paciorku! – syknęłam do Magdy, ale się nie zaśmiała.

- Dziewczyny, już gotowe do snu? – Katechetka zajrzała do naszego pokoju.

- Tak, pani profesor… – Magda wychyliła się z łóżka . – My naprawdę przepraszamy…       Za dzisiaj… To się tak jakoś… wymknęło spod kontroli.

- Wiem. I przyjmuję przeprosiny, ale teraz to już sprawa między wami a waszym trenerem. Będzie jutro o 6.00 rano. O 7.00 macie zbiórkę przed ośrodkiem. – To powiedziawszy zgasiła światło i zamknęła drzwi.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii SZKOLENIE

 

Odcinek 10. Wywiadówka

04 cze

3.10.2000r. wtorek

Wracałam ze szkoły cała w skowronkach, słońce przyjemnie świeciło i świat wydawał się piękniejszy, a wszystko dlatego, że Stachowiak pojechał na zawody z innymi podopiecznymi i trening nam się upiekł. Właściwie miałyśmy mieć zastępstwo z dyrektorem, ale akurat wypada dzień wywiadówek i nam odpuścił, bo sam jest mocno zajęty. Po drodze spotkałam Gośkę i zgadałyśmy się, że oni są o kilka lekcji do przodu z polskim, a my z matmą więc ubiłyśmy interes polegający na zamianie zeszytów celem ułatwienia sobie życia. Za chwilę do niej idę ze swoją matmą odpisać polski :)

Uf, omal nas stary Gośki nie nakrył, ale go zbajerowałyśmy że sobie pomagamy w lekcjach. No bo przecież sobie pomagamy, nie? Dzięki temu każda z nas jest ubezpieczona na 1-2 lekcje do przodu, jakie to szczęście, że mimo różnych szkół program mamy ten sam.             U Gośki dziś w ogóle nerwowa atmosfera, bo Paweł kilka razy zwagarował i próbował podrobić kartkę z informacją dla rodziców (tak, tak, u nich też dziś wywiadówki), ale miał pecha, bo go wychowawczyni nakryła. Stary Sosnowski wrócił zły, kazał Pawłowi iść do swojego pokoju i szykować się do kary. Nie powiem, ciarki mnie przeszły. Chciałam się ewakuować, bo to żadna frajda słuchać jak w sąsiedni pokoju kolega dostaje lanie, ale Sosnowski mnie zatrzymał i uparł się żebym napiła się herbaty. Dokładnie to wyglądało tak:

- To ja już pójdę, nie będę przeszkadzać.

- Nie przeszkadzasz. Chodź, Gosia zrobi ci herbaty.

- Ale ja już piłam…

- To nic, wypijesz jeszcze jedną.

- To może wypijemy u mnie, właśnie zaprosiłam Gosię, żeby przyszła zobaczyć czego nauczyła się ostatnio moja papuga…

- A co na to mama? – Sosnowski spojrzał pytająco na Gosię.

- Jeszcze nie wróciła.

- No to nie idziesz.

- Ale tato!

- Dopóki mama nie powie, że możesz, masz siedzieć w domu.

- Ale u mnie wszystko jest w porządku. Mam dobre oceny i żadnych nieobecności – Oburzyła się Gosia.

- Paweł też tak mówił. – Z przekąsem odparł Sosnowski. – Widzisz Paulinko, u nas dziś wywiadówka… – dodał wyjaśniająco.

- Wiem, u mnie też. – Odparłam wzruszając ramionami.

- I jak ci idzie?

- Raczej dobrze, wychowawczyni dała mi dziś kartkę z ocenami. – Wyjęłam z tylnej kieszeni spodni pognieciony papierek.

- Żartujesz? Żeby u nas tak chcieli… – Rozmarzyła się Gosia.

- U nas też nie chcą, ale rodzice wrócą za miesiąc więc babka zrobiła wyjątek.

- Pokaż, jakie masz oceny? O rany! – Gosia jęknęła oglądając kartkę.  – A ty tato mówisz, że my się nie staramy! – Rzuciła ją na stół i zanim ktokolwiek zdążył coś odpowiedzieć wypadła z kuchni. Sosnowski przyjrzał się moim ocenom i pokręcił z niedowierzaniem głową.

- Ładnie sobie poczynasz pod nieobecność rodziców: jedynki, wagary… Ktoś się tobą opiekuje w czasie ich wyjazdu?

- Tak, ktoś się mną opiekuje. – Odburknęłam zła, bo wcale nie zależało mi na kazaniu od sąsiada, ani na porównywaniu z Gośką czy Pawłem.

- To chyba nie bardzo się przykłada… Na miejscu tej osoby spuściłbym ci takie lanie, że nie usiadłabyś przez tydzień.

Przeszedł mnie dreszcz, jednak udało  mi się zachować spokój.

- Na szczęście nie jest pan na miejscu tej osoby. Gdyby pan był, wiedziałby pan, że wszystkie złe oceny załapałam jeszcze przed wyjazdem rodziców. Wiedziałby pan też, że poprawiłam wszystkie, które tylko dało się poprawić. Nieobecności są nie do usprawiedliwienia. – Wyrwałam mu kartkę z ręki i wyszłam trzaskając (niezbyt mocno) drzwiami. Pędem pognałam na swoje ostatnie piętro.

Byłam zła na Sosnowskiego, ale już mi przeszło. Za chwilę pewnie zjawi się Tomek, ma mi pożyczyć plecak na wyjazd (jedziemy jutro po lekcjach). Mój się niedawno rozsypał, a kiedy starych nie ma na miejscu, nie cierpię na nadmiar gotówki…

Hura! Tomek jest super! Zrobiłam mu niespodziankę i przygotowałam kolację, a on mi przy niej wręczył breloczek, mówiąc : – Prosiłaś, żebym ci coś przywiózł. Myślę, że będzie pasował.

- Do czego?

- A do tego.- I poszedł do przedpokoju po pakunek, który okazał się być plecakiem tylko dla mnie! Ach ten Tomek…

Idę się pakować.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii SZKOLENIE